Od stycznia przyszłego roku nauczyciele zarobią od 35 do 63 zł więcej. Będzie to pierwsza podwyżka ich wynagrodzeń od pięciu lat. Jednak pedagodzy wcale nie są zadowoleni.

"Solidarność" już zapowiedziała, że będzie walczyła o ,,prawdziwe podwyżki". A  prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego mówi, że minister edukacji chce ,,kupić przychylność dla reformy oświatowej". To żenująca podwyżka- powiedział Sławomir Broniarz. Projekt ustawy budżetowej na 2017 r. zakłada, że kwota bazowa, z której są wyliczane wynagrodzenia nauczycieli, wzrośnie o 1,3% czyli do 2 752 zł. To nie są żadne podwyżki, tylko zwyczajna waloryzacja, o której poprzednie rządy jakoś dziwnie zapominały - dodał Ryszard Proksa, przewodniczący Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ "Solidarność". Być może istotnie, przez ostatnie dwa lata mieliśmy deflację, ale wcześniej także o żadnej waloryzacji nie było mowy - dodał.

Związkowcy, zabierając głos w sprawie projektu ustawy budżetowej stwierdzają, że proponowana przez rząd zmiana kwoty bazowej jest absurdalna. ,,Zaproponowany wskaźnik jej wzrostu do 101,3 % w żaden sposób nie odzwierciedla waloryzacji płac nauczycieli od września 2012 roku. W praktyce oznacza to ponowne zamrożenie płac pracowników pedagogicznych w 2017 roku, co budzi ogromną frustrację w środowisku"- piszą przedstawiciele oświatowej ,,Solidarności,,.

Prezes ZNP Sławomir Broniarz dodał, że teraz resort będzie się chwalił hojnością wobec pedagogów, chociaż podwyżki są na ,,żenującym poziomie". To przykre, że każda dodatkowa złotówka dla nauczycieli od razu wywołuje wielką debatę publiczną. Zaraz jest mowa o wakacjach, feriach i innych przywilejach - ubolewa szef ZNP. Jego zdaniem rząd za te kilkadziesiąt złotych podwyżki ,,chce kupić przychylność dla chaotycznej reformy edukacji". Ryszard Proksa z kolei zapewnia, że związkowcy tak łatwo nie zrezygnują. Rząd niedawno podniósł płacę minimalną do 2 tys. zł. A początkujący nauczyciel po 5 latach studiów dostaje raptem kilkaset złotych więcej. Coś tu jest nie w porządku – uważa przewodniczący ,,Solidarności" ale  denerwuje się, kiedy mu przypomnieć,  że dyplomowany nauczyciel w myśl Karty Nauczyciela może zarabiać nawet na 5 tys. zł. miesięcznie.

Koniecznie trzeba natychmiast zmienić definicję płacy w oświacie, bo jest to dziwoląg na skalę europejską. Zapisano tam te 5 tys. zł., których żaden nauczyciel nigdy na oczy nie widział. Średnia płaca w oświacie to mniej więcej 3400 zł brutto- przekonuje Proksa. Anna Zalewska minister edukacji powiedziała, że o możliwości ,,znalezienia pieniędzy na podwyżki dla nauczycieli" rozmawiał z nią sam prezes PiS Jarosław Kaczyński. Zdaje on sobie sprawę z tego, że polski nauczyciel znajduje się w absolutnym ogonie pod względem wynagrodzenia w UE, chociaż pensum ma podobne – zauważyła pani minister.

Związek Nauczycielstwa Polskiego uważa, że pierwszym krokiem do zmiany tej sytuacji mogłaby być zmiana systemu finansowania oświaty. W projekcie obywatelskim stosownej ustawy, która na początku września była pierwszy raz czytana w Sejmie, ZNP proponuje likwidację subwencji oświatowej i finansowanie edukacji wprost z budżetu. Już kiedyś podobny projekt był w Sejmie i przeszedł całą ścieżkę legislacyjną wraz z podpisem prezydenta, ale zaszkodziła mu dziura budżetowa Bauca - przypomniał Sławomir Broniarz. Co na ten temat sądzi ,,Solidarność"? To populistyczne działanie ZNP, nauczycielowi jest obojętne, kto mu płaci, byle pieniądze były na jego koncie - uważa Ryszard Proksa. Poza tym, zabranie samorządom subwencji oświatowej oznacza w praktyce bankructwo co trzeciego z nich. To pod jej "zastaw" gminy często brały kredyty na bieżące funkcjonowanie. Pan Proksa zmienił zdanie o 180 stopni, gdy zmieniła nam się władza w kraju. Jak widać, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia- ripostuje prezes ZNP, ale w jednym się z Ryszardem Proksą zgadza. Niektóre samorządy stawiają opór tego typu zmianie, bo wtedy ,,żaden bank nie pożyczy im pieniędzy".

Wynagrodzenia pedagogów są ustalane odgórnie i zależą od stopnia awansu zawodowego oraz kwoty bazowej, zapisanej w ustawie budżetowej. To właśnie ona ma się w przyszłym roku zmienić o 35 zł i wynieść 2752 zł. Jest to jednocześnie wynagrodzenie początkującego przedstawiciela tego zawodu. Dopiero po dziewięciu miesiącach stażu staje się on nauczycielem kontraktowym i może liczyć na 111 proc. tej kwoty, czyli 3054 zł brutto. Dużo mocniej trzeba zapracować na tytuł nauczyciela mianowanego lub dyplomowanego. Każdy kandydat musi odbyć specjalny staż trwający prawie 3 lata i zdać egzamin albo poddać się analizie dorobku zawodowego. Idą za tym jednak wyższe pieniądze. Najlepiej wykształceni mogą zainkasować co miesiąc ponad pięć tysięcy złotych brutto.

Nauczycielom przysługują też liczne dodatki do pensji. 10 % więcej automatycznie dostają ci wychowawcy, którzy pracują na wsi. Dyrektor może jednak ten dodatek wiejski zwiększyć, jeżeli na danym terenie jest problem ze znalezieniem nauczyciela do wiejskiej szkoły. W Polsce nauczycielom opłaca się również długo pracować w jednym zawodzie. Przysługuje im bowiem dodatek za wysługę lat. Za każdy przepracowany przy tablicy rok naliczany jest 1% dodatku. Jednak z zastrzeżeniem, że naliczanie rozpoczyna się dopiero od czwartego roku i w sumie "wysługa" nie może przekroczyć 20%

Jeszcze lepiej mają dyrektorzy i wicedyrektorzy, którzy mogą liczyć na dodatek funkcyjny. Każdy z nich ma prawo przyznać, według własnego uznania, tzw. dodatek motywacyjny, którego wysokość ustalana jest przez organ prowadzący (gminę lub powiat). Kolejne 20% można zainkasować za "pracę w trudnych i uciążliwych warunkach". Co to znaczy? Resort edukacji wyjaśnia, że ,,za pracę w trudnych warunkach uznaje się prowadzenie przez nauczycieli": praktycznej nauki zawodu szkół górniczych- zajęć praktycznych pod ziemią, zajęć dydaktycznych w szkołach (oddziałach) przysposabiających do pracy, zajęć dydaktycznych w klasach łączonych w szkołach podstawowych, zajęć wychowawczych, korekcyjno-terapeutycznych oraz badań psychologicznych i pedagogicznych nieletnich w zakładach poprawczych i schroniskach dla nieletnich.

Tyle w teorii, bo praktyka bardzo się od niej różni. 5000 zł? To jakieś żarty? - denerwują się nauczyciele, gdy słyszą pytanie o wynagrodzenia. Nauczyciele mają nawet 14 różnych dodatków do pensji, ale sposób ich obliczania jest na tyle skomplikowany, że kwoty 5 tysięcy złotych są wyssane z palca - broni nauczycieli prezes ZNP i nie zgadza się z danymi ministerstwa. W rzeczywistości zasadnicza pensja nauczyciela dyplomowanego wynosi 3100 zł i żeby "dobić" do wspomnianych 5 tys., w celach kalkulacyjnych dolicza się do tej podstawy wszystkie możliwe dodatki, niezależnie od tego, czy one się konkretnej osobie należą, czy nie. Jak tłumaczy Broniarz, jeśli gmina zatrudni dyrektora, któremu przyzna 2,5 tys. zł dodatku funkcyjnego, to ta kwota jest rozłożona na wszystkich nauczycieli, mimo że tylko jeden dostanie ją do kieszeni. Dlatego nie ma co patrzeć na te wynagrodzenia, które wynikają ze stopnia awansu zawodowego, tylko na to, co rzeczywiście dostają nauczyciele - wskazuje.

Ponieważ środowisko nauczycielskie i resort edukacji podają rozbieżne kwoty, najlepiej oprzeć się na danych publikowanych w ubiegłym roku przez Główny Urząd Statystyczny. Bierze on pod uwagę wynagrodzenia nauczycieli w podziale na poziom edukacji, niezależnie od stopnia awansu zawodowego. Z tych najnowszych badań wynika, że na większe pieniądze mogą liczyć pedagodzy pracujący w szkołach ponadpodstawowych. Co ciekawe, zdecydowanie wyższe zarobki w tej branży mają też kobiety niż mężczyźni. Wystarczy zapytać jakiegokolwiek nauczyciela dyplomowanego, ile zarabia, to powie, że niewiele ponad 3000 zł brutto. 5 tys. to żaden nawet na oczy nie widział - puentuje Sławomir Broniarz.